W indiańskim zamku - fragmenty
Coraz ciaśniej było w kanionie. Niebawem zobaczyliśmy Indian, wartujących za krzewem koło skały. Oni nas również ujrzeli. Młoda Indianka z krzesłem wyprzedziła nas i zawiadomiła o zdarzeniu. Nie mogli strzelać, wiec dopuścili nas tak blisko, że wyciągnąłem rewolwer i popychając przed; sobą Judytę, oddałem w powietrze kilka strzałów dla przestraszenia Yuma. Pierzchnęli czym prędzej. Odpędzaliśmy ich coraz dalej, aż wreszcie, jeden po drugim, wszyscy znikali nam z oczu. Schronili się do cieśniny, która z kanionu Flujo Blanco wiodła do kotliny pueblo.
Dotarliśmy wreszcie do niej. Tu było więc owo miejsce, gdzie miała nas spotkać klęska.
— Tu chciano nas rozgromić — rzekłem do Judyty. — Połowa Yuma ukryła nad strumykiem, miała na nas uderzyć z tyłu.
— Jesteś pan diabłem, istnym diabłem! — syknęła wściekle.
— Nie przeczę, seniora. Przyznają również chętnie, że z prawdziwą przyjemnością poślą kule każdemu, kto zechce opuścić tedy pueblo. Tam w kotlinie skupili się wszyscy wasi. Jesteście uwięzieni. Usiądziemy u wylotu cieśniny i nie wypuścimy nikogo. Jest nas tylko trzech, ale warto wziąć pod uwagą, że poza strzelbami, mamy jeszcze dość rewolwerów, a ja mam swój sztucer, o którym stary Melton opowie pani wiele ciekawych rzeczy. Rozporządzamy co najmniej sześćdziesięcioma strzałami bez ładowania. Uprzytomnij to swoim ludziom! Powiedz także, że nikomu nie damy pardonu, jeśli włos spadnie z głowy jeńca! A nie zapomnij dodać, że mamy wyśmienity słuch. Ktokolwiek zechce się wykraść, usłyszymy go z daleka i nie minie go śmiercionośny śrut. A teraz wróć do swoich! Nam nie jesteś już potrzebna. Ale ponieważ umówiłaś się z nami na jutro w południe, przeto posiedzimy tutaj do tego czasu. Skoro będziesz nam miała coś do powiedzenia, jestem gotów posłuchać, czy nie stracisz z dzisiejszej buty. „Wielki bohater i zbawca bezinteresowny” żegna seniora!
Puściłem jej ramię. W okamgnieniu zniknęła w cieśninie. Usiedliśmy, trzymając broń w pogotowiu. Nie było już tak jasno tutaj, w kanionie! Słońce schyliło się ku wiązom.
— Do piorunów, Charley, co za świetny pomysł! — szepnął Emery — Któżby uwierzył, że w biały dzień dotrzemy aż tutaj?
— Pah! Ten pomysł sam się narzucał. Gdybym nie wpadł nań, słusznie bym mógł uchodzić za idiotą.
— Aczkolwiek tak mówisz, nie sądzą, abym ja go powziął. Teraz wygraliśmy. Pueblo jest nasze!
— Jeszcze nam daleko do tego. Ale sądzą, że Meltonowie uciekną.
— Pioruny! Wówczas musielibyśmy znowu ich ścigać, kto wie, jak daleko.
— Właśnie to sobie pomyślałem. Zrozumiałem, że trzeba im zamknąć drogą. A jest tylko jedna droga, ta mianowicie, gdzie teraz siedzimy. Meltonowie widzą, że czuwamy, że zastrzelimy każdego, kto się ośmieli wyjść z cieśniny, będą się zatem strzegli. A więc trzymamy ich mocno.
— Gdyby to tylko było pewne! Rzecz możliwa, że wszyscy hurmem wypadną.
— Wszyscy hurmem? Jakże to być może? Wszak tylko jeden człowiek mieści się w przesmyku. Dla dwóch nie ma miejsca. Jeśli pójdą gęsiego, to ich schwytamy. Jeden z nas wystarczy, aby strzec wylotu.
— Hm, masz racją. Łajdaki tkwią we własnym potrzasku. Ale nie możemy przecież wiecznie tu siedzieć, musimy odbyć pieszo drogą do krawędzi skały.
— Lecz droga przez wylot stanie otworem!
— Tak, ale oni o tym nie wiedzą. Myślą, że nie odejdziemy stąd, i nie odważą się wejść do przesmyku.
— Kiedy będziemy się spuszczać z góry, zobaczą nas i uciekną tędy.
— Być może, ale temu nie można zapobiec.
— A jednak! Jeden z nas musi tu zostać.
— Hm! Co myśli mój brat Winnetou?
— Nasz brat Emery ma słuszność — odpowiedział Apacz. — Niech tu zostanie. Ze swoją dwururką i dwoma rewolwerami powstrzyma każdego, kto zechce się tędy przekraść.
— Tak — potwierdził Anglik. — Przy tym nie jestem zbyt zawołanym gimnastykiem i turystą — niełatwo mi będzie poradzić sobie z lassem. Tu jednak nic innego mi nie pozostaje, jak dać po nosie każdemu, kto go się ośmieli wysunąć.
— Ale czy poradzimy sobie we dwóch w pueblo? — zapytałem Winnetou.
— Tak.
— Zdołamy schwytać obu Meltonów?
— Tak. Ja jednego, ty drugiego.
— I przełamać opór Yuma, którzy nam staną na drodze.
— Nie staną. Nie będzie ich wcale w pueblo. Na pewno leżą u wylotu cieśniny. Jak my czuwamy tu, aby nie uciekli, tak samo oni czuwają tam, abyśmy nie wtargnęli.
— Przyznaję. Ale jest to zawsze odwaga opuścić się we dwóch z tak wysokiej skały do kotliny, pełnej wroga. Najgłupsza kula potrafi zgładzić najśmielszego.
Yuma wcale nie będą strzelać. Przecież nie siedzą w pueblo, tylko u wylotu kotliny. W budowli zostali obaj Meltonowie i Judyta. Poradzimy sobie z tą trójką, nie alarmując Yuma. Potem zaś nikt nie targnie się na nas, gdyż Meltonowie, jak uprzednio Judyta, będą nam służyć za tarcze. Mój brat Szarlieh wyolbrzymia przeciwieństwa w wyobraźni.
Podobnych słów nie słyszałem jeszcze od Apacza. Wiedziałem, że nie wątpi o mojej odwadze, a jednak odczuwałem coś, co po prostu należałoby nazwać wstydem. Nasza nocna wycieczka zdawała mi się zuchwalsza, niż jemu. Pueblo było bowiem budowlą zdradziecką dla napastnika. Do mieszkań prowadziły jedynie otwory w dachach. Zanim się przeto oparło stopę na podłodze, można było dostać dziesięć kul, albo dźgnięć nożem. A przedtem jeszcze czekała nas przeprawa z lassem. Prawdopodobnie niebo będzie usiane gwiazdami. Jakże łatwo przy